
Zagraniczne firmy, nieruchomości i „nominee” w Tajlandii. Skąd biorą się protesty na Phuket i Samui?
Rosnące napięcia wokół części zagranicznych turystów i przedsiębiorców w Tajlandii nie wynikają z jednego incydentu. W tle jest znacznie szerszy problem: obchodzenie lokalnych przepisów dotyczących firm, ziemi i działalności zastrzeżonej dla Tajów. Władze coraz częściej kontrolują tzw. firmy nominee, czyli spółki, w których tajscy udziałowcy są jedynie „słupami” dla rzeczywistych zagranicznych właścicieli.
Dlaczego temat stał się tak głośny?
Na Phuket, Koh Samui i Koh Phangan od miesięcy narasta dyskusja o tym, jak duży wpływ ma zagraniczny kapitał na lokalny rynek.
Problem sam w sobie nie dotyczy jednej narodowości. W kontrolowanych firmach pojawiają się inwestorzy z wielu krajów.
W ostatnich tygodniach szczególnie głośno zrobiło się jednak o części izraelskich przedsiębiorców i turystów na Phuket. Kontrole objęły m.in. firmy w Patong. Władze sprawdzały, czy nie korzystają one z tajskich udziałowców jako nominalnych właścicieli.
To właśnie takie przypadki, połączone z konfliktami z mieszkańcami i lokalnymi firmami, zwiększają społeczne napięcie.
Czym właściwie jest firma „nominee”?
Tajlandia ma dość restrykcyjne przepisy dotyczące zagranicznej własności i działalności gospodarczej.
W uproszczeniu: cudzoziemiec nie może po prostu kupić ziemi i prowadzić dowolnego biznesu tak samo jak obywatel Tajlandii.
Dlatego część inwestorów próbuje tworzyć tajskie spółki, w których większościowi udziałowcy są formalnie Tajami, ale realny kapitał, kontrola i decyzje pozostają po stronie cudzoziemca.
Jeżeli tajscy udziałowcy są tylko podstawionymi osobami, mamy do czynienia z konstrukcją typu nominee.
Tajskie służby traktują takie schematy jako obchodzenie prawa. DSI prowadzi obecnie szerokie kontrole w kurortach turystycznych, szczególnie na Phuket, Koh Samui i Koh Phangan.
Skala kontroli jest już duża
Na Phuket władze przeanalizowały ponad 30 tysięcy firm. Ponad 11 tysięcy miało zagranicznych udziałowców, a ponad 600 uznano za wymagające dalszej kontroli pod kątem struktur nominee.
Na Koh Samui i Koh Phangan DSI prowadziło z kolei operacje przeciwko kancelariom i firmom podejrzewanym o tworzenie całych sieci spółek dla cudzoziemców.
W jednym z przypadków śledczy ustalili, że kancelaria była powiązana z ponad 150 firmami. Ponad 100 z nich posiadało nieruchomości o wartości około 795 mln bahtów. Śledczy podejrzewają, że faktyczny kapitał pochodził od cudzoziemców.
To nie jest więc już problem pojedynczych „kombinatorów”. Mowa o całych strukturach tworzonych wokół nieruchomości i działalności turystycznej.
Nieruchomości są szczególnie wrażliwym tematem
Największe ryzyko dotyczy właśnie ziemi, willi i inwestycji wakacyjnych.
Tajskie przepisy nie pozwalają cudzoziemcom swobodnie posiadać ziemi. Są wyjątki i legalne konstrukcje, ale są one ograniczone.
Dlatego część zagranicznych inwestorów kupuje nieruchomości poprzez spółki.
Problem pojawia się wtedy, gdy spółka istnieje tylko po to, aby obejść przepisy.
DSI prowadziło już sprawy dotyczące firm, które używały tajskich udziałowców do kontrolowania projektów willowych, gruntów i biznesów związanych z wynajmem nieruchomości.
W jednym z wcześniejszych śledztw na Phuket znaleziono prawie 70 spółek tworzonych dla cudzoziemców przez jedną firmę prawniczą. Aż 44 z nich działały w nieruchomościach.
Władze zaczynają działać znacznie sprawniej
To również ważna zmiana.
Jeszcze kilka lat temu podobne schematy często funkcjonowały bardzo długo.
Dziś coraz częściej współpracują ze sobą DSI, Department of Business Development, urzędy prowincji, Immigration, policja i lokalne urzędy pracy.
Widać też większą determinację w analizowaniu przepływów finansowych i realnych właścicieli firm.
W 2026 roku DSI przekazało prokuraturze kolejne sprawy dotyczące spółek utworzonych w celu kupowania i sprzedawania ziemi na południu Tajlandii.
Są też już prawomocne wyroki w sprawach nominee. W jednym z wcześniejszych postępowań skazano 23 osoby, a sąd nakazał rozwiązanie firm.
Dlaczego lokalni przedsiębiorcy reagują tak emocjonalnie?
Z perspektywy mieszkańców problem wygląda dość prosto.
Jeżeli zagraniczna grupa tworzy własne hotele, restauracje, transport, biura nieruchomości i usługi turystyczne, to część pieniędzy zaczyna krążyć wewnątrz zamkniętego systemu.
Lokalne małe firmy mogą wtedy tracić klientów.
Jeżeli do tego pojawiają się podejrzenia obchodzenia przepisów, napięcia rosną jeszcze szybciej.
Właśnie dlatego na Phuket pojawiają się protesty i zgromadzenia związane z zachowaniem części turystów oraz zagranicznych przedsiębiorców.
Nie chodzi wyłącznie o pojedyncze bójki czy konflikty w restauracjach.
W tle jest znacznie większa obawa: czy lokalny rynek pozostanie w rękach lokalnych przedsiębiorców, czy zostanie stopniowo przejęty przez zagraniczne sieci biznesowe działające poza zasadami, które obowiązują Tajów.
To nie jest problem jednej narodowości
Warto to podkreślić bardzo wyraźnie.
Kontrole obejmują inwestorów z wielu państw.
W różnych sprawach pojawiają się m.in. Rosjanie, Chińczycy, Europejczycy i inni cudzoziemcy.
Obecna uwaga mediów skupia się częściowo na Izraelczykach, ponieważ kilka głośnych przypadków pojawiło się w krótkim czasie.
Nie zmienia to jednak faktu, że podstawowy problem ma charakter systemowy.
Kupujesz nieruchomość w Tajlandii? Najpierw sprawdź prawo
Dla zagranicznego nabywcy najważniejszy wniosek jest bardzo praktyczny.
Nie kupuj domu, willi ani ziemi tylko dlatego, że ktoś mówi, że „wszyscy tak robią”.
Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do ofert typu:
- „założymy spółkę i ziemia będzie Twoja”,
- „tajscy udziałowcy są tylko formalnością”,
- „to standardowa konstrukcja dla cudzoziemców”,
- „nie musisz się martwić o ograniczenia własności”.
To właśnie takie schematy są dziś coraz dokładniej kontrolowane.
Najbezpieczniejsze jest skorzystanie z niezależnego prawnika, który nie jest powiązany ze sprzedawcą ani deweloperem.
Trzeba też dokładnie sprawdzić:
- kto jest faktycznym właścicielem ziemi,
- kto kontroluje spółkę,
- skąd pochodzi kapitał,
- jakie prawa ma cudzoziemiec,
- jakie obowiązują ograniczenia przy sprzedaży i dziedziczeniu,
- czy struktura nie narusza Foreign Business Act ani Land Code.
Tajlandia coraz mocniej chroni własny rynek
To właśnie jest sedno obecnej sytuacji.
Tajlandia chce zagranicznych inwestycji i turystów.
Jednocześnie nie zamierza rezygnować z własnych ograniczeń dotyczących ziemi, zawodów i działalności gospodarczej.
W miejscach takich jak Phuket, Samui czy Phangan pieniądze z turystyki są ogromne. Dlatego konflikt między zagranicznym kapitałem a lokalnym interesem gospodarczym będzie prawdopodobnie narastał.
Coraz sprawniejsze kontrole pokazują jednak, że państwo zaczyna znacznie poważniej traktować firmy nominee i próby obchodzenia przepisów.
Dla legalnie działających przedsiębiorców nie musi to być zła wiadomość.
Dla osób korzystających z „firm słupów” lub niejasnych konstrukcji przy zakupie nieruchomości może to być natomiast coraz większy problem.
A protesty podobne do tych obserwowanych na Phuket są w dużej mierze społecznym skutkiem właśnie tego procesu.



